Jestem mamą roczniaka – jak wygląda 1 rok z dzieckiem we Włoszech

Iwona

Pierwszy rok życia dziecka to prawdziwa rewolucja – 12 miesięcy odkrywania nieznanych pokładów miłości, radości, cierpliwości, strachu, poczucia winy, zazdrości, bezsilności… momentami wszystkiego naraz. A jeżeli podczas tego przewrotu, ze wszystkimi skrajnie różnymi od siebie emocjami, człowiek mierzy się z dala od domu (w tym przypadku czytaj: tego, co mu dobrze znane z przeszłosci), chwilami może być ciężko. Ten artykuł nie będzie jednak o trudach rodzicielstwa (a może nie tylko o tym), ale o tym, jak to jest być mamą, ale we Włoszech.

Jeżeli śledzicie mój profil w social mediach, to doskonale wiecie, że mieszkam we Włoszech od 2016 roku, i że założyłam tu rodzinę. Jeżeli trafiliście tu po raz pierwszy i jeszcze się nie znamy, to doprecyzuję tylko, że od 20 października 2024 roku jestem mamą małej Matilde (dla mnie Matyldy <3). Moja córka będzie się wychowywała w polsko-włoskim domu we Włoszech. Czuję ogromną odpowiedzialność, ale też ekscytację w związku z tym, że tak naprawdę tylko ode mnie zależy, na ile nasza mała Matylda będzie znała język polski, i to co jest, i zawsze będzie pierwszym domem dla jej mamy. O wychowaniu w dwóch kulturach wspomnę jednak jeszcze trochę później.

Pierwsze delikatne miesiące bycia mamą

Gdy urodziła się Matylda, to moja bardzo dobra koleżanka napisała mi, że teraz przede mną najpiękniejsza przygoda, i że wszystko co trudne i bolesne minie, a zostanie tylko to, co piękne. I to jest coś, co napisałabym każdej młodej mamie, w czasie trwania połogu nawet kilka razy. Pierwsze miesiące są chyba naprawdę najtrudniejsze. Mimo tego, że człowiek jest przeszczęśliwy, że właśnie stał się rodzicem w pełnej krasie, i nie moze się napatrzeć na tę małą idealną istotę, to w środku jest roztrzęsiony i sterroryzowany tą nową rolą.

Ja oczywiście piszę to z mojego własnego doświadczenia. Każda osoba może mieć totalnie inne odczucia. Ja na przykład przez pierwszy miesiąc czułam się wyjątkowo dobrze, nie miałam też na szczęście większych problemów z karmieniem (oprócz tego, że były naprawdę częste :)). Nie wiem czy jeszcze trzymała mnie adrenalina po porodzie, a nowe pokłady miłosci dawały siłę na tym samym początku połogu! Za to drugi i trzeci miesiąc był już mniej łaskawy. W ogromnym skrócie: pojawiły się ataki paniki, dopadło mnie ogromne zmęczenie, schudłam kilka kilogramów i czułam się strasznie samotna. Chciałam wychodzić z małą na spacery, ale bałam się kolejnych ataków paniki, więc zaszyłam się przez kilka tygodni w domu, a potem jeszcze przez dłuższy czas miałam ogromne obawy przed tym, żeby np. jechać sama z Matyldą autem.

Popełniłam chyba najczęstszy błąd młodych mam – nie prosiłam o pomoc. Może dlatego, że miałam blisko rodzinę nie „moją”, a mojego męża, i nie chciałam naciągać ich dyspozycyjnosci, bo i tak już bardzo nam pomagali. Nie zliczę wszystkich ciepłych obiadów, które nam przynieśli i wyprasowanych przez teściową śpioszkow. Może też mój „błąd” wynikał z tego, że ja przez większość czasu chciałam być po prostu z Matyldą i nie czułam, żeby ta pomoc W OPIECE nad nią była mi potrzebna. Dziś powiedziałabym Iwonie sprzed roku, że Mała nawet by nie odczuła, jeżeli zostawiłabyś ją na chwilę u dziadków i wyszła na spacer, poczytała książkę, albo po prostu poszła spać. 🙂 Za to Twojemu ciału, i przede wszystkim GŁOWIE zrobiłoby to dobrze.

Powtórzę to co napisałam w pierwszym akapicie tego tekstu: nie chcę skupiać się tu na trudach macierzyństwa, ale może uczulić? Bo może ktoś z Was, kto go czyta, jest blisko młodej mamy – albo kiedyś będzie. Proszę, zapytajcie ją, jak się czuje. Ale nie zadowalajcie się odpowiedzią „dobrze”. Przyjrzyjcie się jej. Pobądźcie z nią. Bo mimo że wkoło są ludzie, na których można polegać – ja też ich mam – ta huśtawka nastrojów, totalna zmiana i odpowiedzialność za nowe życie jest jak bomba, która spada na głowę. A jeżeli to Ty jesteś młodą mamą, wszystko to co przeżywasz jest normalne. Jednak chcę w tym miejscu powtórzyć jedno z danie z podobnego artykułu sprzed 6 miesięcy: między chronicznym zmęczeniem wymieszanym z burzą hormonów a depresją poporodową jest naprawdę cienka granica.

Rozszerzanie diety niemowlaka we Włoszech + rozpiska od pediatry

We Włoszech rozszerzanie diety zwykle zaczyna się około 6. miesiąca. Wątpię, żeby OGÓLNE zasady były jakoś mocno różne od tych działających w Polsce. Również tutaj istnieją dwie „szkoły”: klasyczne, czyli karmienie dziecka łyżeczką oraz autosvezzamento (BLW). U nas było i jest mieszane. W domu dajemy teraz Matyldzie głównie jedzenie w kawałkach, za to teściowa woli karmić ją łyżeczką, a ja jakoś szczególnie nie protestowałam, jeżeli ma być (a tym samym ja) dzięki temu spokojniejsza.

Pediatrzy często wręczają rodzicom szczegółową „rozpiskę”, czyli schemat wprowadzania kolejnych produktów. Zwykle pierwsza pojawia się klasyczna pappa — kremowa zupa na bazie bulionu warzywnego, z dodatkiem kaszek zbożowych, mięsa, strączków lub ryby, odrobiną oliwy z oliwek (koniecznie tej dobrej, lokalnej!) oraz… parmezanu. Strasznie mnie to zdziwiło na samym początku, ale sama dodałam kilka razy parmezan, jeżeli zupka obowiązkowo bez soli wyszła mi jakoś wyjątkowo bez smaku. 😀 Jeżeli jesteście ciekawi rozpiski od naszego pediatry, zostawiam ją tutaj + tłumaczenie pod spodem.

POSIŁEK GODZ. 12: PIERWSZA PAPPA (Ci Włosi! Punkt 12 do stołu :))
(i później można ją włączyć także na kolację)

180 ml przefiltrowanego bulionu warzywnego (ziemniak, marchew, boćwina, dynia, cukinia, seler, koper włoski, karczochy, liście selera, fasolka szparagowa, fasola, groszek), do którego dodać:

  • 3 płaskie łyżki przecieru warzywnego
  • 3–4 łyżki kremu ryżowego (lub kremu kukurydzianego lub z tapioki, jeśli dziecko ma zaparcia); od 6. miesiąca krem wielozbożowy lub kasza manna albo drobny makaron (pierwsza tzw. pastina) albo krem z orkiszu
  • 30 g mięsa gotowanego na parze lub w garnku, następnie zmiksowanego na gładko (królik, jagnięcina, indyk)
  • 1 łyżeczka oliwy z oliwek extra vergine
  • 1 łyżeczka Parmigiano Reggiano dojrzewającego minimum 24 miesiące

Odrobina soli, jeśli zupka jest bez smaku.

Po tygodniu, po zakończeniu posiłku można podać dziecku kilka łyżeczek startego jabłka lub banana albo gruszki (najlepiej starte owoce) lub owoce gotowane (słodsze).

ALTERNATYWA DLA MIĘSA:
Ser (Parmigiano Reggiano ok. 10 g, ricotta 25–30 g, mozzarella 25–35 g, stracchino 20–25 g)
Ciecierzyca (namoczona, ugotowana, a potem zmiksowana z odrobiną bulionu warzywnego)
lub inne rośliny strączkowe

Ryba (pstrąg, sola, morszczuk, dorsz, mintaj)
Jajko – nie częściej niż 2 razy w tygodniu

Zawsze warto pozwalać dziecku próbować po kilka gramów z talerza rodziców, aby poznało różne smaki i konsystencje.

Czy trzymałam się tej rozpiski? Przez pierwsze tygodnie trochę tak, bo nie miałam żadnej innej bazy na start. Poza tym skoro pediatra tak mówi, to tak pewnie będzie dla Małej najlepiej. Jak już zaczęliśmy na dobre rozszerzanie diety, przygotowywałam już inne zupki i dania, które Matylda mogła też jeść sama.

Naleśniki i… spienione mleko, które Matylda uwielbia

A słoiczki? Nie demonizuję ich, ale skorzystałam jak do tej pory możw kilkanaście razy. Lubię gotować i na samym początku świetnie się „bawiłam” przy wymyślaniu nowych smaków pierwszych zupek. Przygotowywałam zapasy i mroziłam porcje rosołku, wszystkie proteinowe składniki czy warzywa. Potem miałam moment kompletnego braku pomysłów na jedzenie dla Małej. Dzisiaj, gdy je już w większości to, co my, ale bez cukru i z malutką ilością soli, znów idzie mi jakoś lepiej. A jaka to satysfakcja, gdy taki wymagający maluch zjada wszystko z talerza!

Powrót do pracy po urlopie macierzyńskim

Nie spodziewałam się, że będzie aż tak trudny! Na kilka dni przed datą mojego powrotu chodziłam smutna i wściekła jak osa, i prawie pokłóciłam się z teściem! Łącznie spędziłam w domu prawie 9 miesięcy. Byłam zła na siebie, że nie znalazłam planu B, żeby zostać dłużej z Matyldą. Pamiętam moje rozterki nad czym, czy może rzucić pracę… ale zostać we Włoszech BEZ to naprawdę nieciekawa sprawa.

W ogóle ktoś, kto twierdzi, że „urlop” macierzyński to dziura w CV kompletnie nie wie, co mówi. Nic mnie tak nie ukształtowało jak te miesiące przed porodem i połóg. Płakałam jak bóbr w aucie w dniu powrotu do biura, ale mimo smutku za tym, co się skończyło, czułam się tak naładowana jak jeszcze nigdy energią z przytulasków, buziaków i uśmiechów. Ostatecznie jakoś przeżyłam ten powrót do codzienności sprzed życiowej rewolucji… Udało mi się dogadać z szefem, i teraz pracuję do 16.00, co jak na włoskie warunki jest naprawdę okej. Mieliśmy w planach wysłać Matyldę do żłobka, ale na ten moment zostawiamy ją z moimi teściami, którzy świetnie się nią opiekują. A ja przyznaję, że wygodniej mi po prostu zostawiać Małą dwa piętra niżej… cieszę się, że mamy taką możliwość.

Obowiązkowe szczepienia we Włoszech w 1 roku życia dziecka

We Włoszech kalendarz szczepień w pierwszym roku życia dziecka obejmuje zarówno szczepienia obowiązkowe (obbligatori), jak i zalecane (non obbligatori). Do obowiązkowych należą m.in. esavalente – czyli pakiet chroniący przed błonicą, tężcem, krztuścem, poliomyelitis, Hib i WZW B – oraz szczepienie przeciw pneumokokom.

W tym samym czasie pediatra zwykle proponuje również szczepienia zalecane, takie jak meningokoki B czy rotawirusy, które choć nieobowiązkowe, są powszechnie wykonywane i mocno rekomendowane przez lekarzy. Cały proces jest dobrze zorganizowany: rodzice otrzymują list polecony z lokalnej ASL przed pierwszym szczepieniem, a potem po każdym ustalana jest kolejna data. | We włoskim systemie zdrowia ASL to skrót od Azienda Sanitaria Locale, czyli lokalna jednostka służby zdrowia. To odpowiednik „przychodni rejonowej”.

Polska & Włochy w jednym domu – jak to u nas wygląda?

Jak to jest być rodziną „mieszaną”? Ja osobiście szczerze zazdroszczę naszej Matyldzie, że będzie się wychowywała w dwóch kulturach, i że będzie znała dwa języki, których jako małe dziecko pewnie nauczy się całkiem naturalnie (i mam nadzieję bez większych trudności).

Dla mnie od początku było oczywiste, że będę zwracać się do niej po polsku, i tak też robię. Jednak na samym początku, kiedy jeszcze komunikacja między nami była raczej jednostronna, miałam kilka momentów zwątpienia, a nawet… głupio mi było mówić po polsku przy Włochach, którzy przecież nie rozumieją ani słowa. Wydawało mi się to chyba trochę niegrzeczne, sama nie wiem. Blokowałam się jak miałam coś do Małej powiedzieć, i ostatecznie przechodziłam na włoski, ale cos mi zgrzytało: czemu ja do własnej córki mówię po włosku? Przecież to nie jest MÓJ język. Kto jej go nauczy jak nie ja?.

Niektóre książki z naszej polsko-włoskiej biblioteczki

Mimo, że mówię biegle po włosku i używam go codziennie w rozmowach z mężem, teściami, znajomymi, w pracy, w „rozmowie” sam na sam z Matyldą czułabym, że coś jest nie tak. Z drugiej strony nasz główny język w domu to własnie włoski, i siłą rzeczy będziemy się nim posługiwać rozmawiając we trójkę, włoski będzie u włoskiej rodziny, w przedszkolu, szkole… wszędzie. Również dlatego tata Matyldy, który zna sporo zwrotów po polsku, „pomaga mi” i często używa w domu polskich słów. Podobno to dodatkowo podkreśla „ważność” tedo drugiego języka i to, że mówienie po polsku to nie widzimi się mamy, ale coś ważnego dla całej naszej rodziny.

Zdarzyło mi się używać włoskiego mówiąc do małej też np. podczas wizyty u pediatry czy w sklepie. Jestem przekonana, że jak już będzie starsza, my dwie też będziemy rozmawiać po włosku, np. w zależnosci od kontekstu czy sytuacji. W ogóle dwujęzyczność to temat rzeka, a sposób używania dwóch i więcej języków to indywidualna sprawa każdej międzynarodowej rodziny. U nas 1 rodzic = 1 język jak na ten moment sprawdza się bardzo dobrze. Matylda dopiero zaczyna mówić pojedyncze słowa, ale np. odgłosy zwierząt rozumie już w obu językach. Swoją drogą, czy wiecie, że pies po włosku mówi bau-bau, a kogur kikirikki? 🙂

Mama aktywnego roczniaka na codzień

Na sam koniec napiszę jeszcze kilka zdań o tym, jak to jest być mamą malutkiej 13-miesięcznej już dzisiaj, bardzo aktywnej i temperamentnej dziewczynki. Nigdy się nie nudzimy! Matylda raczkuje i stawia pierwsze kroki, a my robimy za nią kilometry po domu, żeby uratować ją przed wszystkimi potencjalnymi niebezpieczeństwami. Jest intensywnie, ale pokazywanie świata i robienie wielu rzeczy – teraz już we trójkę – po raz pierwszy, jest najpiękniejsze na świecie. To niesamowite ile radości wnosi do życia taki mały człowiek.

Mała i słodka Matylda od pewnego czasu też kaprysi, chce postawić na swoim i krzyczy, jak czegoś nie dostanie. 😀 Wiem, że z czasem będzie pewnie krzyczeć jeszcze głośniej, i że dzieci potrafią naprawdę wystawiać na ogromne próby cierpliwości. Tłumaczę jednak sobie teraz (i mam nadzieję, że będzie to działać również w bardziej stresujących momentach, żeby jednak nie wybuchnąć i nie zrobić czegoś, czego się będzie żałować), że Matylda nie wybierała tego, że jest tutaj. To ja i Alessandro chcieliśmy, żeby tu z nami była. To my czekaliśmy na to, żeby zostać jej rodzicami. A Matylda ma prawo na wszystko to, co robi: poznawać świat po swojemu, złościć się i odczuwać całą paletę emocji, doświadczać, mówić tak i nie, przytulać sie i być noszona jak ma taką potrzebę, uczyć się stawiać granicę i być samodzielna. A ja chciałam jej tego nauczyć i pokazać jej świat. I choć czasem jest, i napewno będzie jeszcze trudniej za tym wszystkim nadążyć, to właśnie w tym jest sens. Bo ja już nie wyobrażam sobie nie być mamą Matyldy. Nadal jestem Iwoną i chcę spełniać swoje marzenia, ale decydując się na macierzyństwo, dałam w tym komuś pierwszeństwo. Nie chcę zabrzmieć patetycznie. Jestem pierwszą osobą, która zrozumie, gdy ktoś nie chce mieć dzieci, lub która powie, że „szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko”. Sama próbuję zadbać o przestrzeń dla siebie (choćby pisząc ten artykuł), ale po prostu robię to według nowych priorytetów.

Pamiętacie z pierwszego akapitu zdanie, które wysłała mi moja koleżanka po tym, jak zostałam mamą? To jedna z dwóch rzeczy, które przywołuję, jeżeli czasem codzienność przytłacza, a dom wygląda jak wywrócony do góry nogami. Druga to ta: LINK – w ogromnym skrócie: nagranie przypominające o nieunikniomym upływie czasu. Jedni powiedzą, że głupie, inni się wzruszą (tak, jak ja) i zaczną patrzeć na codzienny chaos inaczej.

To tyle ode mnie! Nie mam pomysłu na podsumowanie tego artykułu, dlatego odsyłam Was teraz do „lżejszych” tekstów o wyjątkowym regionie Marche, w którym mieszkam <3

Może zainteresuje Ci się również...

Skomentuj

Ta strona wykorzystuje ciasteczka niezbędne do prawidłowego działania, analizy ruchu na blogu, oraz do działań marketingowych. Więcej informacji znajdziesz na stronie Polityka prywatności. Więcej informacji

Ta strona wykorzystuje ciasteczka niezbędne do prawidłowego działania, analizy ruchu na blogu, oraz do działań marketingowych. Więcej informacji znajdziesz na stronie Polityka prywatności i plików cookies. Wchodząc na stronę wyrażasz na nie zgodę według ustawień Twojej przeglądarki. Możesz je w każdej chwili zmienić, a jeśli tego nie zrobisz przeglądanie strony nastąpi z wykorzystaniem tych plików.

Zamknij